01 grudnia 2011

Radni wepchnęli noblistkę na most

Najpierw przez trzy godziny przekonywali samych siebie, że Maria Skłodowska-Curie wielkim naukowcem była. Potem nazwali jej imieniem most Północny, ignorując wyniki oficjalnych konsultacji. Radni i urzędnicy pokazali, że zdanie warszawiaków nic dla nich nie znaczy.
Maria Skłodowska-Curie na plakacie promującym Noc Muzeów 2011
fot. Urząd Miasta
Warszawiacy już od dawna wiedzą, jak nazywa się most powstający właśnie między Bielanami, a Białołęką. Nazwa Most Północny świetnie się przyjęła i weszła na stałe do języka. Jest i będzie nadal używana, bez względu na to, jak bardzo nadmą się radni i urzędnicy. Ci jednak za nic mają zdanie mieszkańców wyrażone w konsultacjach społecznych i stanowiskach rad obu dzielnic, które połączy przeprawa. Nie interesuje ich też opinia ekspertów z zespołu nazewnictwa.

Za nic mają nawet zdrowy rozsądek. Maria Skłodowska-Curie ma już w Warszawie ulicę, jest patronką Centrum Onkologii i jednej ze szkół. W nieodległym Świerku ma nawet reaktor atomowy, ale to wciąż za mało. Na czwartek zmobilizowano więc biuro promocji miasta, które nie umiało wypromować Skłodowskiej-Curie przez cały poświęcony jej rok, by rozdało radnym materiały i albumy o noblistce oraz zaserwowało nudny wykład, z którego dowiedzieć się można było, że jej mąż zginął pod kołami powozu, a ona sama lubiła jeździć na rowerze.

Opozycja nie omieszkała przy tym wypunktować, że na moście Północnym nie ma ścieżki rowerowej, a PO zapewnić, że ścieżka będzie, ale na tramwajowym. Jedna cięta riposta ścigała się z drugą, argumenty zderzały się z ostrzem ironii, a obrady przerywały salwy śmiechu. Ignorowanie woli warszawiaków odbywało się w raczej zgodnej i w wyśmienitej atmosferze. Nie dostosowali się tylko taksówkarze, którym najwyraźniej wydawało się, że rada miasta zajmuje się poważnymi sprawami.

W walkę o noblistkę zaangażowała się sama Hanna Gronkiewicz-Waltz, która na sesjach pojawia się raczej rzadko. Tym razem przemówiła do radnych osobiście, a wieść kuluarowa niesie, że czwartkowa mobilizacja wzięła się właśnie z jej głębokiego przekonania, że most należy podarować wybitnej Polce nawet wbrew zdaniu mieszkańców.

Można było więc odnieść wrażenie, że cały ten show z noblistką w tle potrzebny był po to, by przekonać samych siebie. I tak po blisko trzech godzinach jałowej debaty radni nadali przeprawie imię Marii Skłodowskiej-Curie. Z mównicy co chwilę padały zapewnienia, jak ważny jest dla nich głos mieszkańców, ale ostatecznie nikt nie przejął się zbytnio wynikami "małej sondki w internecie", jak o oficjalnych konsultacjach społecznych, w których 80 proc. z 7 tysięcy głosujących poprało most Północny wyraziła się przewodnicząca Rady Warszawy.

Lekcję demokracji w praktyce odebrała przy okazji młodzież z liceum imienia noblistki. Choć o tym, że będą na sesji, w ratuszu mówiło się już we środę, to radni zapewniali o spontanicznej wizycie, która miała służyć pokazaniu, jak wygląda praca radnych. Mam nadzieję, że nie zasnęli z nudów i dobrze tę lekcję zapamiętają.

13 października 2011

Świętokrzyska Pasta jak szczeciński paprykarz

Zdobycie górującej nad Śródmieściem PASTY było jednym z największych zwycięstw powstańczych i z pewnością zasługuje na pamięć. Ale zmiana nazwy pobliskiej stacji metra się temu nie przysłuży, za to zniechęci tych, którzy i bez tego doskonale wiedzą, czemu na dachu PASTY jest kotwica Polski Walczącej.

fot. TVN 24

Wydawałoby się, że powracający co jakiś czas spór o zmianę nazwy ronda Babka na Zgrupowania AK "Radosław" wszystkich - także samych Powstańców - czegoś nauczył. Dowiódł przecież, że nawet jeśli nazwa jest zasadna, a miejsce właściwe, to forsowanie pomysłów idących w poprzek przyzwyczajeń, w dodatku niezbyt zgrabnych i zwyczajnie niepraktycznych, odnosi efekty odwrotne do zamierzonych. Wbrew nadziejom Powstańców, większość warszawiaków wciąż nie wie, o jakiego "Radosława" chodzi na Muranowie. To wstyd. Ale też dowód, że nazwy ulic funkcji edukacyjnej nie spełniają.

I tak samo będzie ze stacją Świętokrzyska. Część ludzi głupio zaśmieje się z nowej nazwy, która - cóż począć - sama się o to prosi. Część pomyśli, że reklamę wykupiła tu restauracja serwująca włoski makaron z kieleckim majonezem. Trudniej będą mieli goście, bo w obiegu funkcjonować będą dwie różne nazwy jednej stacji, a sam budynek stoi przecież przy Zielnej, nie przy Świętokrzyskiej. A przecież nazwy powinny być przede wszystkim praktyczne.

O jaką PASTĘ tak naprawdę chodzi, wiedzieć będą tylko ci, którzy i tak doskonale pamiętają, że w sierpniu 1944 roku, tuż obok dzisiejszej stacji metra Powstańcy odnieśli jedno z największych zwycięstw w trakcie 63-dniowej bitwy. I właśnie ci - najbardziej szanujący historię własnego miasta - najmocniej dotknięci będą arbitralną zmianą ugruntowanej już nazwy stacji na niezgrabnego, dwuczłonowego potworka.

Potrzebę przypominania o wydarzeniach sprzed 70 lat na każdym kroku dużo lepiej rozumiałem dekadę temu, gdy nie było jeszcze Muzeum Powstania, a wydarzenia z sierpnia 1944 roku interesowały nielicznych. Sporo się jednak zmieniło. Dziś Powstanie jest ważnym elementem tożsamości tego miasta, stale obecnym w jego przestrzeni. Dla kolejnego przypomnienia nie warto wszczynać kłótni, która podzieli ludzi na lata.

Tym bardziej, że można to zrobić lepiej. Zamiast nowej nazwy, na stacji metra powinna pojawić się ekspozycja, zachęcająca by budynek PASTY odwiedzić i poznać jego historię. Szkoda też, że w samej PAŚCIE wciąż o to trudno. Fajnie byłoby też móc napić się kawy na tarasie z niezwykłym widokiem na Śródmieście i osiedle Za Żelazną Bramą. Taka wystawa i kawiarnia uczynią więcej dla pamięci o Powstaniu, niż zmiana nazw wszystkich mostów, stacji i bezimiennych skrawków trawy w mieście, co jest niewątpliwe proste, ale nie skuteczne.

Powstańcom trudno odmawiać, ale ktoś w ratuszu musi umieć powiedzieć "nie", niezależnie od tego, kto lobbuje za zamianą. Dłubać w tym, co się przyjęło, nie powinni ani Powstańcy, ani kościół (Popiełuszko za nieodżałowaną Stołeczną), ani urzędnicy od komunikacji (kuriozalne P+R al. Krakowska zamiast funkcjonującego od dekad Okęcia).

A warszawiacy? Sto lat temu budynek Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej przezwali Pastą. Rondo nazywają "Babką Radosława", a P+R al. Krakowska już dorobiła się ksywki "Pralka". Ani chybi, za kilka miesięcy przebojem warszawskich knajp będzie pasta świętokrzyska.

29 września 2011

WWB3

Nie da się ukryć, że blogasek podupadł. Jeśli ktoś tęskni i w napięciu czeka na nowe teksty, to w najbliższym czasie będzie można poczytać je gdzie indziej. Muzeum Sztuki Nowoczesnej zaprosiło mnie do współpracy, która owocuje tym, że o wydarzeniach w ramach tegorocznej "Warszawy w budowie" piszę na tvnwarszawa.pl i  na blogu festiwalu. Uznałem, że wrzucać tego samego jeszcze tu nie ma już sensu. Kto się interesuje, ten na pewno znajdzie :)

14 września 2011

Warszawa w budowie 3: Powrót do miasta

Startował jako festiwal designu. W ciągu trzech edycji ewoluował w najważniejszą "gadaninę" o mieście. Festiwal "Warszawa w budowie" znów zaprasza do zwiedzania, proponowania i dyskutowania. Będzie miejsko, politycznie i ekonomicznie.

W siedzibie Muzeum Sztuki Nowoczesnej przy Pańskiej 3 coraz większy ruch i coraz lepiej wyczuwalne napięcie. Wielkimi krokami zbliża się październik, a z nim kolejna edycja festiwalu "Warszawa w budowie". Powstał dwa lata temu, jako element starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, a po porażce w tym wyścigu może się okazać jego najtrwalszym efektem. Na stałe wpisał się już bowiem w krajobraz "rozgadanego" miasta, jakim stała się w ostatnich latach Warszawa.

Program znów jest bardzo bogaty i trudny do ogarnięcia. - To 65 wydarzeń w ciągu 31 dni, zorganizowanych wokół czterech głównych zagadnień - zapowiada Sebastian Cichocki z MSN. Planowanie i partycypacja to zagadnienia obecne w programie festiwalu od samego początku. Wpływy zagranicznych doświadczeń polskich architektów na ich twórczość, to kontynuacja tematu sprzed roku. - Wtedy opowiadaliśmy o tym, co polscy architekci okresu PRL wnieśli do architektury krajów afrykańskich i bliskowschodnich. Teraz odwracamy perspektywę, ale dalej obracamy się w podobnym obszarze - mówi Sebastian Cichocki z Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Czwartym tematem będzie polityka mieszkaniowa. Kwestia, która niespodziewanie staje się właśnie jednym z głównych wątków kampanii wyborczej, będzie osią festiwalu. - Przyszedł kryzys, zaczęła się kampania wyborcza i nagle okazało się, że ten temat jest więcej niż aktualny. Mieliśmy dobrą intuicję, gdy pół roku temu zaczynaliśmy planować program - zauważa Tomasz Fudala z MSN.

Powrót do miasta

- Chcemy odczarować takie pojęcia, jak spółdzielczość czy działacz społeczny. Zamierzamy pokazać, że mieszkanie nie musi być towarem. Że w ramach obowiązującego prawa, bez wyciągania ręki po publiczne pieniądze, można własne mieszkanie zdobyć inaczej, niż tylko biorąc kredyt na 30 lat - mówi Fudala, który nie ukrywa, że temat mocno go wciągnął.

- Zaczęliśmy spotykać się z działaczami ruchów lokatorskich, którzy, trochę na własne życzenie mają łatkę oszołomów, co to przychodzą na sesję rady miasta z transparentami. Okazuje się, że za tym wizerunkiem kryje się realna alternatywa, która nie może się przebić w publicznej dyskusji. Chcemy dać lokatorom głos - deklarują kuratorzy z MSN.

Ten głos zabrzmieć ma w dodatku w zaskakującym miejscu. Nie w muzeum, lecz... w auli spadochronowej Szkoły Głównej Handlowej. Dlaczego właśnie tam? - Po pierwsze dlatego, że kampus tej uczelni to fantastyczne miejsce, które znają dziś właściwie tylko studenci. Warszawiacy, nawet mieszkańcy Mokotowa się tam nie zapuszczają i nie wiedzą, że to wspaniała przestrzeń. Miasto w mieście, które warto zobaczyć - przekonuje Fudala.

Niestety, dziś tę przestrzeń zastawiają samochody, ale uczelnia chce rewitalizować teren. - Chcą przywrócić go miastu, zrobić z SGH taką bramę między Mokotowem, a Śródmieściem. A hasłem tegorocznego festiwalu jest "Powrót do miasta", rozumiany przede wszystkim jako powrót do podstawowych miejskich problemów, które są osią festiwalu - mówi Fudala.

Ekonomiści kontra lokatorzy

Główna wystawa festiwalu, którą muzeum szykuje właśnie na SGH, ma stawiać pytania właśnie o te zagadnienia: o lepsze i tańsze mieszkania, ład przestrzenny i zaangażowanie mieszkańców. I pokazywać dorobek, który udało się wypracować w ciągu pół roku grupom roboczym, które MSN zaprosiło do analizowania problematyki festiwalowej Czy w mekce wolnorynkowego myślenia uda się zrobić wyłom?

- Chcemy namówić studentów na udział w warsztatach, np. na temat spółdzielczości. Pokazać, że można na przykład założyć spółdzielnię i budować domy bez płacenia marży deweloperowi. I że to nie jest sprzeczne z wolnym rynkiem, że nie musi oznaczać powrotu do poprzedniej epoki. To samo z planowaniem, które wciąż kojarzy się źle, a jest niezbędne, by poprawiła się jakość życia w mieście - przekonuje Fudala.

Jego zdaniem, kryzys ekonomiczny dobitnie pokazał, że także w ekonomii potrzebne są nowe perspektywy. Liczy więc na podatny grunt.

Dzieci budują, dorośli gotują

Ostre spory z kampanią wyborczą i wielką polityką w tle nie będą jednak jedynym wątkiem festiwalu. Duża część programu przygotowana została w oparciu o propozycje mieszkańców Warszawy, zebranie na wiosnę. Będą więc piesze, rowerowe i autokarowe wycieczki po mało znanych częściach miasta i jego okolicach, np. Wólce Kosowskiej, Kępie Zawadowskiej czy po ogródkach działkowych.

Ciekawie zapowiadają się wydarzenia na osiedlu Sady Żoliborskie, które obchodzi właśnie swoje pięćdziesięciolecie. Swoje podwoje otworzą tamtejsze pracownie artystów. Jeden z paneli odbędzie się w prywatnym mieszkaniu, które zachowało pierwotny charakter. Do wspomnień sprzed pół wieku nawiążą też warsztaty... kulinarne.

- Starzy Żoliborzanie wspominają wspólne robienie przetworów z owoców z sadów. Razem z kucharzem Grzegorzem Łapanowskim zaprosimy ich do parku, zwanego przez mieszkańców klubem i zorganizujemy tam wspólne gotowanie - zapowiada Marcel Andino Velez z MSN.

Nie zabraknie też zajęć dla dzieci. - Wcielimy w życie ideę autorki projektu Sadów, Haliny Skibniewskiej. Postulowała, żeby dzieci nie bawiły się zabawkami, tylko cegłami, deskami; żeby budowały. Tak też stanie się w tym roku na Żoliborzu - zapowiada Andino Velez.

Propozycje dla czterech dzielnic

Jak w poprzednich latach, działać będzie też festiwalowy Departament Propozycji. - Zdecydowaliśmy się zmienić jego skalę. Zamiast debatować o rozwiązaniach ogólnomiejskich, będziemy dyskutować o problemach czterech dzielnic: Żoliborza, Ursynowa, Pragi Północ i Białołęki. Udało nam się zaprosić do tego lokalne władze. Razem z nimi będziemy analizować lokalne problemy, takie jak przebieg dróg czy wywóz śmieci.

Będą też pokazy filmów, wykłady i spotkania m.in. z Helmutem Jahnem, Konstantym Grcicem, Marc'iem Sandsem, Ryanem Garderem. No i oczywiście wykłady oraz dyskusje. Szczegółowy program ma być dostępny za kilka dni.

OSSA szuka fatamorgany

Równolegle z festiwalem, na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej odbędą się warsztaty Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Studentów Architektury. Ich tematem będą warszawskie fatamorgany - wielkie wizje miasta, które nigdy nie zostały zrealizowane - i to, czy miasto może z nich dziś w twórczy sposób skorzystać. OSSA i MSN postanowiły zawiązać współpracę i połączyć dwa wydarzenia, tak by uczestnicy warsztatów mogli skorzystać z programu festiwalu, a jego publiczność - przyjrzeć się efektom prac. Warsztaty, które w Warszawie ostatni raz gościły 8 lat temu, odbędą się w ostatnim tygodniu października.

26 sierpnia 2011

O placu Defilad od innej strony

Skoro przez 20 lat nie udało nam się nic zbudować na pl. Defilad, może wcale nie jest nam to potrzebne do szczęścia? Może tak naprawdę nie potrzebujemy wieżowców wokół PKiN, których i tak nikt nie chce nam zafundować? Może bazar i nieformalny dworzec autobusowy, to jest właśnie to, czego naprawdę chcą i potrzebują warszawiacy? Myśli to niepokojąca i niepopularna, ale czy można ignorować ją przez kolejne dwie dekady? Wiele pytań i żadnej konkretnej odpowiedzi czyli mój gościnny występ na łamach bloga festiwalu "Warszawa w budowie 3".

01 sierpnia 2011

Zagadki Los Angeles

Notka trochę od czapy. Ot, żeby sobie gdzieś zapisać własne spostrzeżenie. Jakiś czas temu kolega podesłał mi link do ciekawego filmu dokumentalnego o tym, jak to w USA z tramwajami było. Sama historia jest bardzo interesująca i pokazuje dość dobrze, do czego może prowadzić pochopna prywatyzacja miejskiego majątku, więc w kontekście decyzji dotyczących SPEC-u warto go sobie obejrzeć. Zachęcam:


Moją uwagę przykuło jednak coś innego. W 18 minucie jest ujęcie kręcone z tramwaju, który wyjeżdża z tunelu:


Dlaczego przykuło? Bo kilka dni wcześniej "jechałem" tym tunelem. "Jechałem" w grze LA Noire, której akcja dzieje się w LA, w latach 40 (i która zasługuje na osobną notkę, tak swoją drogą). Zobaczyłem z trasy, odkryłem, że się da i tym sposobem wirtualnie zwiedziłem pierwszą linię podziemnego tramwaju w LA: tunel Belmont łączący to miejsce z Hill Street.

W grze to miejsce wygląda tak:


A tak z kolei wygląda wjazd do tunelu z pobliskiej estakady, widocznej zresztą na obu wcześniejszych przeźroczach:


Ot, ciekawostka, pokazująca dobrze, jak wiernie jest w tej grze odwzorowane miasto. Nawet układ rozjazdów się zgadza.

Na tym jednak nie koniec. Oglądam ja sobie mianowicie odcinek "Archiwum X" (w ramach starań o achievement za obejrzenie całości serialu) i co widzę?



To samo miejsce! Tu akurat udaje cmentarz w Oakland. Zapragnąłem niezwłocznie dowiedzieć się, jak to miejsce wygląda dziś. Z pomocą Google Maps okazało się to dość proste:


Nie ma torów, nie ma cmentarza - jest osiedle. Belmont Station Apartments, konkretnie. Ale jak się dobrze przyjrzeć, to między dwoma zespołami budynków, w dolnej części zdjęcia widać stojący ukośnie, szary budynek. A po bliższej analizie, na prawo od niego da się także namierzyć wjazd do tunelu, który dziś wygląda tak:


Google Maps odesłało do zdjęć, dzięki czemu dowiedziałem się, że wjazd do Belmont Tunnel nazywa się Toluca Yard. A z tego klipu, którego nie da się wstawić do notki, dowiedziałem się m.in, że "Archiwum X" to nie jedyny film, w którym zagrało. Bywał tak także Tim Roth. W filmie jest też mnóstwo zdjęć z całej blisko stuletniej historii tego miejsca. I wynika z niego, że pomysł zabudowania tego terenu spotkał się z protestem - ludzie chcieli zachować historyczny, pierwszy tunel metra i urządzić w tym miejscu park. Nie udało się. Mimo wszystko, gdybym kiedyś był w LA, na pewno tam zajrzę.

Na tym kończymy dzisiejszą wirtualną wycieczkę po Los Angeles :)

19 lipca 2011

To miasto ciągle lekceważy rowerzystów

Czytając dokument przygotowany przez Zielone Mazowsze nie można się oprzeć wrażeniu, że... nie ma w nim nic nowego. Te same problemy i te same argumenty rowerzyści powtarzają urzędnikom od wielu lat.

Kto nie zna historii walki o ścieżki rowerowe w stolicy, zdziwi się mocno wpisując do internetowej wyszukiwarki słowa "warszawa to". Kto zna, bez sprawdzania domyśli się, że Google podsunie złotą myśl Marka Wosia, który pełnił swego czasu funkcję rzecznika prasowego Zarządu Dróg Miejskich: - Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć - tłumaczył powody likwidacji nielegalnej ścieżki rowerowej wzdłuż ulicy Świętokrzyskiej.

To były inne czasy. Masa Krytyczna nie była comiesięcznym piknikiem połączonym z przejazdem ulicami w eskorcie policji - była przez policję pacyfikowana. Ścieżkę wzdłuż Świętokrzyskiej namalowano nielegalnie, żeby pokazać, że jest na nią miejsce. Zniknęła bardzo szybko. Rowerzyści byli wtedy dla ratusza przeciwnikami. Panowała otwarta wrogość.

Inne czasy, te same problemy

Czasy się zmieniły. Dziś żaden lokalny polityk nie pozwoli sobie na złośliwe uwagi pod adresem rowerzystów. Już prędzej przy okazji dnia bez samochodu sam wsiądzie na chwilę na rower i okrąży ratusz przed kamerami. Inny w czasie kampanii wyborczej pojedzie w Masie Krytycznej. Niektórzy zrozumieli chyba, że rower jest dziś w Europie symbolem miasta przyjaznego, dobrze zorganizowanego, nowoczesnego.

To jednak tylko powierzchowna zmiana. Audyt polityki rowerowej przygotowany przez Zielone Mazowsze obnaża fakt, że w praktyce wciąż dominuje u nas urzędnicze "nie da się". Wciąż nie da się budować ścieżek z asfaltu (choć pod tym względem jest pewna poprawa). Nie da się planować ich tak, by były praktyczne. Nie da się zrobić ich w centrum. Nie da się naprawić błędów popełnionych dekadę temu.

Nic dziwnego, że ukośnym odcinkiem ścieżki rowerowej przy rondzie Starzyńskiego dzień w dzień ciągną tłumy przechodniów. Trudno się dziwić, że tłumy zastawiają ścieżkę omijającej wiatę przystankową na rondzie "Radosława", przy Arkadii. Większość ścieżek zaprojektowana została w sposób urągający nie tylko wszelkim standardom, ale przede wszystkim zdrowemu rozsądkowi. Zamiast poprawiać bezpieczeństwo, zwiększają ryzyko bycia rozjechanym przez rozpędzonego rowerzystę.

Kubły na śmieci na środku ścieżek, latarnie czy drzewa, których droga rowerowa nie omija, tylko niebezpiecznie zwężą - to nie robi już na nikim wrażenia. Ile takich absurdów pokazywaliśmy na naszej stronie? Ile razy gazety rozpisywały się o rondzie Zesłańców Syberyjskich, gdzie rowerzysta skazany jest na bieganie po schodach?

Miasto ignoruje własne zobowiązania

Politycy i urzędnicy już nie śmieją się z rowerzystów, ale inżynierowie projektujący drogi wciąż tkwią mentalnie w epoce rzecznika Wosia. A w ratuszu nie ma nawet jednej osoby, której zadaniem byłoby sprawdzenie projektów pod kątem zgodności z obowiązującymi wytycznymi. Stanowisko pełnomocnika ds. rowerzystów po prostu zlikwidowano.

Tę rolę biorą na siebie sami rowerzyści skupieni wokół Zielonego Mazowsza i Warszawskiej Masy Krytycznej. Przecierają (piesze) ścieżki w ratuszu, docierają do urzędników i z pomocą mediów starają się nagłaśniać ich błędy. Jak ostatnio, przy przebudowie placu Politechniki, gdzie chcieli przeforsować wygodniejsze, sprawdzone na świecie rozwiązanie.

Nie udało się. Inżynier Janusz Galas nie tłumaczy już nawet, czemu kolejny raz ignoruje wytyczne przyjęte przez zatrudniający go ratusz. Po prostu decyduje, że "nie da się" zbudować ścieżek z prawdziwego zdarzenia. Jego szefowie nie reagują. Radni nie interpelują.

Na postawione dwa tygodnie temu pytanie, czy rowerzyści mogliby zostać wpuszczeni na buspasy, z biura prasowego dostaliśmy odpowiedź, która jest nie na temat: "Miasto konsekwentnie realizuje politykę komunikacyjną uwzględniającą ruch rowerowy. (...) W 2009 przyjęło zarządzeniem Prezydenta m.st. Warszawy standardy projektowe i wykonawcze dla systemu rowerowego. Pasy rowerowe zostały wprowadzone jako jeden z elementów rozwoju infrastruktury rowerowej oraz zostały określone zasady ich wprowadzania". O buspasach ani słowa.

Klątwa rzecznika Wosia

Czemu ratusz nie podejmuje dyskusji? Czemu nie wywiązuje się z własnych zobowiązań? Rzecznik prasowy opowiada o braku pieniędzy, ale dobra ścieżka rowerowa nie jest przecież droższa od złej, a na takie pieniądze są. Ba, nie zawsze udaje się je wydać w terminie! A rowerzyści nie domagają się przecież żadnych "wodotrysków", tylko zdrowego rozsądku i sięgnięcia po rozwiązania sprawdzone na świecie.

Ale urzędnicy wciąż nie traktują ich jak poważnych partnerów i właśnie dlatego Warszawa to wciąż typowa, polska wieś, przez którą nie da się bezpiecznie przejechać rowerem.

tekst opublikowany także na tvnwarszawa.pl

29 czerwca 2011

Piraci o słowiańskich wątrobach

fot. Adam PW Smith
Poprzednim razem podpalili jednego z członków zespołu, a potężny basista w niewyjaśnionych okolicznościach, za to z wielkim hukiem spadł ze sceny. Musiało się im spodobać, bo właśnie wracają do Warszawy, a do punkowej zadymy i irlandzkich brzmień dorzucają czad słowiańskich polek.

O pijanych w sztok Piratach z Vancouver przeczytałem po raz pierwszy półtora roku temu. W muzycznym portalu społecznościowym last.fm ktoś napisał do wszystkich fanów bostońskiego zespołu Dropkick Murphys, że grający podobną muzykę The Dreadnoughts na pewno im się spodobają i że właśnie jadą do Polski. Dałem się namówić i rzeczywiście nie żałuję - coś takiego na scenie nie dzieje się codziennie!
Wyglądali jak kloszardzi: zarośnięci, ubrani kompletnie od czapy i dobrze zaprawieni na długo przed koncertem. Na scenie stali się wulkanem energii, której nawet sami nie próbowali kontrolować. Zdemolowali nagłośnienie i własne instrumenty, co nie przeszkodziło im jednak grać dalej, trzymając rytm i nie zapominając tekstów. Skrzypek stojący na zestawie perkusyjnym, grający na high hat'cie swoim czołem lub wdrapujący się na kolumny? Proszę bardzo! Perkusista skaczący ze sceny razem z największym bębnem ze swojego zestawu? W cenie biletu! Na koniec mandolinista owinięty gazetami i podpalony dla zabawy. Na szczęście zgasł dość szybko, polewany przez podpalacza tanim winem, które - jestem tego pewien - jest od tamtej trasy koncertowej obowiązkowym napojem, który musi na nich czekać w garderobie.
W Kanadzie tanie wino z Polski jest prawdopodobnie trudno dostępne, nic więc dziwnego, że piraci popadli w tęsknotę. I chyba tak trzeba wytłumaczyć fakt, że na nowej płycie pod znaczący tytułem "Polka's Not Dead" co krok natknąć się można na słowiańskie akcenty. Jeśli sam tytuł nie przekonuje jeszcze każdego, to już po tytułowym utworze nie ma wątpliwości, że do irlandzkich i szantowych inspiracji Piraci dorzucili potężną garść polskiego, ukraińskiego i żydowskiego folku. Jeśli ktoś będzie się upierał, że polka nie jest tradycyjną polską melodią, to ostatecznie przekona go końcówka płyty - instrumentalny utwór o znajomo brzmiącym tytule "Za śmierć przyjaciela" czy refren "Sleep is for the Weak", który nie nadaje się do zacytowania, ale za to przynosi odpowiedź na pytanie "jak wam się podobało w Polsce?".
O ile więc fanów łączenia irlandzkich brzmień z melodyjnym, huligańskim punkrockiem namawiać już raczej na ich koncert nie trzeba, i o ile wśród miłośników szant zawsze znajdą się tacy, którzy połączenia z punkiem z definicji nie znioszą, o tyle teraz wiadomość o przybyciu Piratów trafić powinna przede wszystkim do słuchaczy zespołu Gogol Bordello - Eugene Hütz z pewnością byłby dumny z kierunku, jaki obrali na drodze swoich artystyczno-imprezowych poszukiwań.


The Dreadnoughts, Pe-El (Rzeszów), Molly Malones (Giżycko)
1 Lipca, 19:00,Klub Punkt & Radio Luxembourg, ul. Górczewska 67
Bilety:
20 zł (przedsprzedaż: klub Radio Roxy z Miasta, ul.Chmielna 9a) / 30 zł (w dniu występu)

07 czerwca 2011

Stefan Kuryłowicz 1949 - 2011

Wciąż nie mogę uwierzyć w wiadomość, która odległy wypadek lotniczy na drugim końcu Europu zamieniła w tragedię dotyczącą Warszawy. Jak mocno? Uświadomiłem to sobie przeglądając stronę internetową pracowni Stefana Kuryłowicza w poszukiwaniu jego najważniejszych projektów. Swoje piętno na architekturze Warszawy odcisnął w tak wielu miejscach, pracując nad projektami tak charakterystycznymi, że z powodzeniem można o nim mówić, jako o architekcie warszawskim, kształtującym obraz tego miasta.

Poznałem go przy jakiejś służbowej okazji, potem rozmawialiśmy nie raz, zarówno o jego projektach, jak i ogólnie o architekturze. Często powoływałem się na niego w swoich tekstach, bo mówił ciekawie i ładnie. Lubiłem z nim rozmawiać i zawsze miałem wrażenie, że dla niego rozmowa ze mną też nie jest męką. Doceniał to, że rzuty i przekroje nie były dla mnie obcą materią. W pamięć zapadło mi spotkanie w siedzibie SARP-u na Foksal. Podjechał swoim słynnym jaguarem, wysiadł, ubrany w dobry garnitur i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wejścia. Wyglądał jak gwiazdor spieszący się na premierę filmową.

Był z rocznika mojego ojca, musieli się nie raz mijać na schodach gmachu Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej przy Koszykowej, choć nigdy nie wyszło to w żadnej rozmowie. Jako dzieciak bywałem z tatą na Foksal - gdy po wielu latach wróciłem tam jako dziennikarz zaczynający pisać o architekturze, poczułem że choć wybrałem inną drogę, to jednak nie oddaliłem się wcale tak bardzo. Oparta o wspólne zainteresowanie warszawską architekturą, "służbowa" znajomość z profesorem była tego cennym potwierdzeniem.

Za tydzień mija 10 lat do śmierci mojego ojca. Wczoraj zginął profesor Stefan Kuryłowicz.

08 maja 2011

Catch di Moment

Żadna to rekomendacja, ale takie są fakty - opublikowałem właśnie najdłuższy tekst w swojej dziennikarskiej karierze i chyba pierwszy, który z czystym sumieniem można nazwać reportażem. Aż sprawdziłem - dokładnie pół roku temu zarzuciłem temat Dorce i Pablo27, i tak zaczęła się praca nad tekstem, w którym próbowałem uchwycić to, co powoduje, że w każdą środę staram się dotrzeć do Mandali.

Ani Punkt, ani Jadłodajnia nie miały we mnie aż tak oddanego fana, choć atmosfera była podobna. Nie wiem do końca na czym polega różnica i jak to się stało, że ze stuprocentową skutecznością Junior, Pablo i Drajwa nawet takie drewno jak ja są w stanie zmusić do tańca :)

Za którymś razem przyszło mi do głowy, że takie rzeczy nie trwają w Warszawie wiecznie i trzeba to jakoś utrwalić. Mam nadzieję, że się udało. Zapraszam do lektury - Warszawska Masak-RAH muzyką dancehall'ową.

PS: Wszystkim bohaterom dziękuję za cierpliwość i poświęcony czas, a Bartkowi także za udostępnienie zdjęć, bez których cała ta historia nie dałaby się opowiedzieć. Big Up załoga!

26 kwietnia 2011

Red Dead Redemption - gra na smutno

Recenzowanie gry rok po premierze to raczej sztuka dla sztuki - w tym biznesie wszystko toczy się błyskawicznie i "Red Dead Redemption" to już dawno przebrzmiała historia. Tak, jak jej bohater.


"Red Dead Redemption" to sandbox - otwarty świat, pełna swoboda poruszana się i mnóstwo okazji do wchodzenia w interakcje z zapełniającym go postaciami. Raz są to sytuacje pchające do przodu fabułę, raz poboczne opowieści, a czasem zwykłe pożeracze czasu, jak gra w kości czy pokera do białego rana.

Do tej samej kategorii należy "Assassin's Creed" czy "Grand Theft Auto", tak jak "RDR" wyprodukowane przez Rockstar. O ile jednak mało kto marzył w dzieciństwie o byciu brutalnym gangsterem w Nowym Jorku czy asasynem w Rzymie epoki Borgiów, o tyle mniejszą lub większą fascynację Dzikim Zachodem przechodził prawie każdy chłopak. "Red Dead Redemption" daje jedyną w swoim rodzaju szansę, by raz jeszcze ożywić te marzenia.

John Marston to rewolwerowiec z raczej mroczną przeszłością, który chciałby wreszcie zawiesić rewolwer na kołku i osiąść na ranczu z żoną oraz synem. Ale przeszłość go dogania - raz jeszcze musi sięgnąć po broń i ścigać swoich dawnych kamratów. Wspólnie z nim podróżować będziemy przez prerię, meksykańskie pustkowie, zaśnieżone góry, mniejsze i większe rancza oraz miasteczka. Zobaczymy wszystko, co składa się na popkulturowe wyobrażenie o Dzikim Zachodzie, z zapierającymi dech w piersiach widokami wschodów i zachodów słońca na czele. Weźmiemy udział w przygodach - kalkach ze spaghetti-westernów i książek Karola Maya. Będziemy jeździć konno, dyliżansem i pociągiem, ale też jednym z pierwszych samochodów. Bo akcja tego westernu toczy się dość późno - na początku XX wieku.

I w tym tkwi największy smak. To już nie jest świat, gdzie warunki dyktuje ten, kto strzela szybciej. Ktoś buduje samolot, ktoś otwiera kino, ktoś rozpętuje rewolucję, a gazety piszą o wydarzeniach z drugiego końca świata. Marston coraz mniej do tego wszystkiego pasuje, a na swojej drodze spotyka głównie innych nie pasujących, którym świat ucieka. Częściej są to postaci z "Truposza" niż "Siedmiu wspaniałych", ale bohater jest skazany na ich pomoc i towarzystwo. Gra jest przez to cały czas podszyta nieokreślonym niepokojem.

Schyłkowy nastrój potęguje genialna muzyka (tak, jak cała gra, garściami czerpiąca z filmowej klasyki westernu), która zmienia się razem z miejscem, porą dnia, pogodą i tempem akcji. Inna jest, gdy w palącym słońcu jedziemy przez pustkowia Meksyku, inna gdy polujemy na niedźwiedzia w górach na dalekiej północy. Za każdym razem tak celnie dobrana, że przyjemność sprawia samo podróżowanie po gigantycznej mapie i obserwowanie zmieniającego się świata. Klimat budują też drobne elementy samego gameplay'u, jak deszcz padający "na twarz" czy bardziej złożone, jak choćby to, że bizon jest zwierzęciem, które można wybić do ostatniej sztuki... To już zupełnie nowy środek wyrazu, bardzo sugestywny, szczególnie że autorzy gier dodają za to jeszcze ukryty achievement, co potęguje poczucie winy.

Marstonowi uda się w końcu wrócić do rodziny, ale w powietrzu cały czas wisieć będzie nieszczęście. Ta historia nie kończy się happyendem. "Red Dead Redemption" przełamuje tym samym fabularne ograniczenie, które było udziałem scenarzystów gier i stereotyp gry jako zupełnie banalnej rozrywki, w której forma nie ma większego znaczenia. Tutaj forma jest w dodatku bardzo uniwersalna, a sama gra oparta o tak prosty mechanizm, że nawet ktoś, kto gra mało lub wcale, nie będzie miał problemu, by się wciągnąć.

Nie wiem, czy to początek nowego zjawiska, czy pojedynczy strzał z biodra, ale tak gorzka fabuła w grze komputerowej była nowym, fascynującym przeżyciem, a John Marston zajął w mojej pamięci miejsce gdzieś między Old Shatterhandem, Wyattem Earpem a Johnem Waynem.

30 marca 2011

10 smutnych piosenek plus dwie

- Podobno druga płyta to umarł w butach, podobno powabne są tylko debiuty. Ale gdyby wierzyć we wszystkie "podobno" trza by siedzieć w chacie i czekać, aż nekrolog skrobną - śpiewa na nowej płycie Pablopavo.
Uprzedza w ten sposób porównania z debiutanckim "Telehonem", odbija nie posłaną jeszcze piłkę ewentualnej krytyki i na koniec napomyka, żeby płytę kupić w sklepie, a nie ściągnąć z internetu, nie udając nawet, że chodzi o coś innego, niż to, by miał za co piwko sobie pyknąć. Wszystko w utworze, który ma ledwie półtorej minuty i właściwie nie jest piosenką.

Trudno recenzować artystę, który sam podsumował siebie w pierwszym zdaniu nowej płyty, w tak efektowny sposób. Świeżo upieczony felietonista poczytnego miesięcznika dla panów zachował się wszak profesjonalnie i zadbał o to, by recenzent też miał sobie za co pyknąć: by było z czego uszyć recenzję, do płyty dodał obszerną opowieść o tym, jak doszło do jej nagrania.

- Zaczęliśmy pracę nad tą płytą trochę przez przypadek - pisze we wkładce. Pablopavo i Ludziki dostali propozycję, by nagrać muzykę do inscenizacji "Lalki". Ta nie doszła jednak do skutku. - Zostaliśmy z tymi kawałkami, jak Himilsbach z angielskim... - wspomina.

Zaczęło się więc dorabianie tekstów do gotowej muzyki. Potem decyzja, że będzie z tego płyta i intensywna praca nad kolejnymi numerami. Efekt to trudna do zaszufladkowania, a przy tym niezwykle spójna mieszkanka. Reggae występuje w śladowych ilościach, choć za muzykę i brzmienie odpowiadają czołowi przedstawiciele tego gatunku. A jednak słychać tu czasem ciepłe tony - nie ma ich za to w ogóle w tekstach Pablopavo.

Tłem snutych przez niego historii jest zawsze Warszawa. Ale nie taka z reklam, seriali czy wiadomości. To Warszawa brudna, lepka i niezbyt bezpieczna. Chodniki spływają tu wódką, pod żebrami poczuć można lufę pistoletu, a nóż z drewnianą rączką może poderżnąć gardło tuż pod uśmiechem. Tu ku bójce zbierają się nawet emeryci. Jeśli wino w modnym klubie, to tylko dlatego, że ktoś ucieka tam od swoich problemów. To Warszawa nieudanych związków i kochanków, którzy zostają za drzwiami. Warszawa, w której nie jest romantycznie.

- Monika (narzeczona Pablopavo - red.) mówi, że wyszła ta płyta smutna, a nawet lekko "funeralna" - pisze Pablo. Cóż po tak celnym podsumowaniu może dodać recenzent? Może napisać, że wcale nie lekko - że bardzo dużo tu śmierci, dużo pogrzebów i suto zakrapianych styp. To nie jest Warszawa rozbujana radosnym reggae z płyt Vavamuffin - to smutne, pełne goryczy miasto.

Choć płyta wychodzi na wiosnę, to podejrzewam, że swoją siłę ujawni dopiero puszczona w słuchawkach późną jesienią, bardziej dopasowana do okoliczności przyrody.

Pablopavo i Ludziki - 10 piosenek
Karrot Kommando, 2011

25 marca 2011

...

fot. RG
Znajdą się z pewnością tacy, którzy dopatrzą się w tym ostatecznego dowodu na to, że TVN Warszawa powstała tylko po to, by stać się kolejną po stadionie przy Łazienkowskiej płaszczyzną współpracy mojego pracodawcy i ratusza, a zbieżność kolorów w tym piłkarskim kontekście nie jest przypadkowa.

Ale ja traktuję to jako cholernie sympatyczny gest ludzi, którzy na co dzień są, jeśli nie przeciwnikami, to w każdym razie stoją po drugiej stronie kamery, mikrofonu czy telefonicznej słuchawki. Jako kibic piłkarski odbieram to jak fajne zachowanie drużyny przeciwnej, która żegna się z nami ze sportową klasą, której niestety brakuje na wspomnianym stadionie. Dzięki!

Zawsze marzyłem o mieście, w którym jest miejsce na takie historie. Szkoda, że doczekałem się w takich okolicznościach. Ale to nie jest przecież całkowity koniec - portal tvnwarszawa.pl działa dalej. W jakiej postaci i jakim kształcie? Zobaczymy niebawem. Na razie dominuje smutek. Ale już w niedzielę - kolejny dyżur.
Stay tuned!

Wszystko źle








Z pozdrowieniami dla wszystkozle.pl

18 marca 2011

Dajcie żyć Starówce!

Urzędnicza obsesja nakazująca zamknąć w przepisach i procedurach każdy aspekt rzeczywistości osiągnęła na Starym Mieście formę tak kuriozalną, że trudno nawet z niej kpić. Apeluję o opamiętanie!

Stare Miasto nocą ;)

Stare Miasto to ewenement na skalę światową. Gdy zagraniczni turyści słyszą jego historię, patrzą na Warszawę z podziwem. - Odbudowaliście serce swojego miasta, choć zrównano Wam je ziemią. To imponujące - mówią często i każą się natychmiast prowadzić na miasto stare tylko z nazwy.

Ale na miejscu okazuje się, że stare jest także duchem. Niemłodzi już mieszkańcy odbudowanych kilkadziesiąt lat temu domów skutecznie paraliżują wszelkie próby jego ożywienia. Kilka lat temu wymogli na radzie miasta przyjęcie zakazu organizowania głośnych imprez i koncertów na Rynku i placu Zamkowym.

Zaprzeczenie naturalnej funkcji miejskiego rynku nie wystarczyło - mieszkańców postanowili przelicytować urzędnicy. I sprokurowali kolejne kuriozum - regulamin Starego Miasta, który co do centymetra określa dozwoloną wysokość podestu, a także kształty i kolory mebli.

W mieście, które nie umie sobie poradzić z wszechobecnymi reklamami można to jeszcze zrozumieć, ale dlaczego zabraniać wystawiania lodówek z lodami w knajpianych ogródkach i regulować wysokość kwiatów? Przy okazji nie mogę nie zapytać, czemu na Stare Miasto nie wolno wjeżdżać rowerami?

A na tym nie koniec - pod pretekstem remontu staromiejskich ulic urzędnicy próbują właśnie przegonić z okolic Barbakanu malarzy, którzy od kilku dekad sprzedają tam swoje obrazy. Czy im się udaje? Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia. Nie umiem sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio byłem na Starym Mieście. Tam po prostu nie ma po co chodzić - to czarna dziura na mapie Warszawy. Stołeczna konserwator zabytków Ewa Nekanda-Trepka postanowiła najwyraźniej zadbać, by w tym tunelu przypadkiem nie pojawiło się żadne nieregulaminowe światełko.

Tłumaczy, że chodzi o to, by staromiejskie zabytki oświetlone były zgodnie z zamierzeniami projektantów iluminacji, bo tylko to stworzy odpowiedni klimat. Tylko po co, skoro nikt nie będzie tego oglądał, a mieszkańcy i tak szybko wymogą, by o 22 gasić wszystkie światła.

Co dalej? Zakaz wstępu bez krawata? Obowiązkowy smoking? A może przepustki dla mieszkańców i tygodniowe winiety dla turystów z zagranicy? Osobiście czekam, aż mieszkańcy Starówki zażądają uzupełnienia luk w miejskich murach i stworzą największe grodzone osiedle na świecie. Brnąc dalej w ten absurd, stworzymy być może kuriozum, które stanie się znaną w świecie atrakcją i pomoże w naszych staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

Na razie mamy martwe Stare Miasto - coś, co w wyścigu o ten tytuł powinno dyskwalifikować na starcie. Apeluję więc do pani konserwator i pani prezydent o przerwanie tego szaleństwa. Pozwólcie żyć Staremu Miastu - nie dobijajcie go kolejnymi absurdalnymi regulacjami. Zajmijcie się lepiej udostępnieniem miejskich lokali artystom i restauratorom. Zróbcie coś, by warszawiacy i turyści mieli tu po co przychodzić.

06 marca 2011

Kto daje i odbiera...

Mam z "Radosławem" ogromny zgryz. Żałuję bardzo swojskiej, dowcipnej, z gruntu warsiaskiej, potem oficjalnie uznanej "Babki", którą zastąpił. Ale nie umiem odmówić Powstańcom prawa do ich nazwy.


Problem mają także radni Warszawy, którzy sami nie wiedzieli chyba do końca, czy pomysłem swojego kolegi, by Babkę przywrócić, zajmować się na poważnie. No bo jak tu starym ludziom, upamiętniającym kolegów zabitych w tym rejonie powiedzieć, że najbardziej nawet swojska babka jest ważniejsza?

Radni odłożyli więc temat na półkę, ale jestem pewien, że to jeszcze nie koniec. Lobby zwolenników Babki wspiera bowiem twardo "Gazeta Stołeczna", która zmiany starej nazwy nie przyjęła do wiadomości i wciąż posługuje się nią na łamach. Temat będzie wracał.

Nie da się zresztą ukryć, że "Radosław" przyjął się słabo i dowiódł ponad wszelką wątpliwość, że edukacyjna rola nazw ulic to fikcja. Wciąż mało kto wie, kto kryje się za "Radosławem" i dlaczego trafił on właśnie w to miejsce.

A przecież z wielu powstańczych nazw ulic ta wydaje się jedną z najbardziej trafionych. To nie jest w końcu jakiś trawnik między blokami, nazwany od drobnego epizodu z 1944 roku - to duże rondo, przez które codziennie przetaczają się tłumy warszawiaków, a nazwa upamiętnia legendarny oddział, w skład którego wchodziły m.in. bataliony "Zośka" i "Parasol"; zgrupowanie, które przeszło z Woli przez Stare Miasto aż na Czerniaków, wykrwawiając się po drodze.

Dla pamięci o tym oddziale więcej zrobił jednak z pewnością zespół Lao Che, który szlakiem "Radosława" poprowadził narrację swojej płyty "Powstanie Warszawskie". Tyle że gdy Rada Warszawy zmieniała nazwę ronda, nie było jeszcze płyty, nie było Muzeum Powstania Warszawskiego i nie było młodych ludzi na rocznicowych uroczystościach.

Radnym nie wypada podważać decyzji poprzedników i przyprawiać weteranów o palpitacje. Tym bardziej, że po otwarciu muzeum przestali kruszyć kopie o każdy skwerek; uznali, że pamięć została zabezpieczona.

"Kto daje i zabiera, ten się w piekle poniewiera" - poucza  dziecięca rymowanka. "Radosław" ma już prawie 10 lat - czas chyba przyswoić tę mądrość.

03 marca 2011

21 lutego 2011

Świat ucieka prezydentom

W miniony piątek w Muzeum Sztuki Nowoczesnej odbyła się debata "Łódź w Warszawie" z udziałem prezydentów obu miast. Dobrze wróży ona tylko debatom; tematów nie zabraknie - gorzej z efektami.

"Archigadanie" nie idzie w las. Warszawa wyrasta na ważny ośrodek krytycznej refleksji nad współczesnym miastem i jego kondycją; łodzianie przybywają do nas, by dyskutować o swoim mieście! Ten ośrodek powstaje z delikatnym tylko wsparciem instytucjonalnym (spora w tym zasługa gospodarza piątkowego spotkania - Muzeum Sztuki Nowoczesnej - i organizowanego wspólnie z miastem festiwalu "Warszawa w budowie"). Ściągając licznie na debatę do Warszawy, łodzianie dali odpowiedź na pytanie, jak powinny wyglądać wzajemne relacje naszych miast. Tego, że powinny być zacieśniane na wielu poziomach, nie kwestionował zresztą nikt.

Łódź ma jednak wiele obaw, m.in. o to że Warszawa wyciągać z niej będzie kadry, skazując miasto na starzenie się. Z werwą opowiadał o nich Marek Janiak z fundacji ulicy Piotrkowskiej. Trzeba więc szukać nowych pomysłów na współpracę, a nie tylko usprawniać komunikację między nimi. Na razie nie udaje się nawet to ostatnie. Zaproponowany w piątek wspólny bilet komunikacji miejskiej to fajna inicjatywa, ale może się skończyć tak samo, jak przywoływany kilka razy w ciągu wieczoru "Pociąg do kultury". Nocne połączenie kolejowe między dwoma miastami przyciągało ponoć kilkunastu pasażerów - nic dziwnego, skoro o jego dokonanym już żywocie wielu zainteresowanych dowiedziało się właśnie piątek.

Sprawdziłem - pociąg interREGIO wyjeżdżał z Łodzi Fabrycznej o 22.32, by na Warszawę Centralną dotrzeć 20 minut po północy. 20 minut później ruszał w drogę powrotną, by dotrzeć do celu o 2:25. Czy było w nim bezpiecznie? Czy była ochrona? Monitoring? Tego się z rozkładu nie wyczyta - wiadomo tylko, że "trasę obsługiwała jednostka ED73". Wysiadając z niej w Warszawie, na nocny autobus z dworca do domu trzeba by było poczekać 25 minut. Cała podróż z teatru czy klubu w jednym mieście do domu w drugim zajęłaby pewnie dobrze ponad 3 godziny.

Pytanie czy imprezy w Łodzi kończą się o 22, a w Warszawie o północy zostawiam otwarte - nie podejrzewam, by ktokolwiek zadał je sobie układając rozkład. To nie przeszkadzało jednak Hannie Gronkiewicz-Waltz zapewniać przez cały wieczór, że skupia się przede wszystkim na "profanum", jak sama nazwała budowę dróg czy usprawnianie komunikacji między miastami. Tyle, że autostradę buduje administracja centralna, a brak wpływu na PKP jest dla władz miasta zawsze wygodną wymówką, gdy pada pytanie, czemu po Warszawie wciąż nie da się poruszać kilometrami torów kolejowych. Nie oszukujmy się więc, że Łódź i Warszawa nagle zbliżą się do siebie dzięki wspólnej migawce.

Niestety, piątkowa debata rozwiała nadzieję na to, że współpraca obu miast wykroczy poza "profanum". Usłyszeliśmy wprawdzie, że Warszawa wciągnie Łódź do swoich starań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, ale bez żadnych konkretów. Poza tym przywołana została tylko strategia premiera Tuska - "liczy się tu i teraz" - podlana tradycyjnym "nie da się" i obowiązkowym "to przez poprzedników". Na pytanie, o wspólne poszukiwanie rozwiązań palących problemów społecznych obu miast usłyszeliśmy, że Księży Młyn będzie wpisany na listę UNESCO. Na pytanie Krzysztofa Nawratka o doświadczenia Ameryki Południowej - że "w Polsce klimat nie pozwala mieszkać w favelach". Tyle wyniosły prezydentki z doświadczenia Bogoty.

Miasta azjatyckie czy południowoamerykańskie szukają własnych dróg rozwoju, wprowadzają radykalne programy społeczne, inwestują w transport publiczny, z pomocą architektów i urbanistów interweniują tam, gdzie jeszcze kilka lat temu bała się wejść policja. Nie oszukują się, że wolny rynek rozwiąże każdy problem, ani że "klasa kreatywna" zastąpi wszystkie inne grupy społeczne. W kategoriach zjawiska nierozerwalnie związanego z miejskością niektórzy obserwatorzy interpretują bliskowschodnią rewolucję ostatnich tygodni. W tym samym czasie miasta europejskie popadają w długi i przestają sobie radzić z podstawowymi zadaniami, jak wywożenie śmieci. Tymczasem Warszawa chce prywatyzować SPEC, a Łódź - sprzedać 300 lokali użytkowych przy ulicy Piotrkowskiej, z niezachwianą wiarą w to, że prywatne znaczy wydajne i przeświadczeniem, że wydajność mierzyć można wyłącznie w kategoriach ekonomicznych.

Nie zanosi się na to, by Łódź i Warszawa, razem lub osobno przedsięwzięły zmiany podobne do tych, które zaszły w Bogocie lub by zaczęły szukać własnej drogi. Znacznie łatwiej jest ślepo naśladować zachód, robiąc dobrą minę do gry, której wyniki są już znane. Hanna Gronkiewicz-Waltz i Hanna Zdanowska zgodnie i bez zażenowania przyznały zresztą, że strategiczne planowanie przekracza ich możliwości, bo "świat zmienia się zbyt szybko". Zresztą "politycy nie są od snucia dalekosiężnych wizji", tylko od gospodarowania pieniędzmi, które daje "ciotka Unia". To nie były prywatne rozmowy, tylko otwarte, publiczne deklaracje - tak właśnie wygląda refleksja liderek rządzącej partii nad wyzwaniami współczesności.

Ratusz może dorzucić kilka groszy do "Warszawy w budowie" i chętnie pochwali się takim festiwalem w aplikacji do tytułu ESK, ale wykorzystać efekty toczących się tam debat? To wymagałoby przestawienia się na inny, mniej ekonomiczny dyskurs. Wymagałoby nadążania za zmieniającym się światem. Zanosi się raczej na to, że wspólnym projektem Łodzi i Warszawy będzie wpisanie obu miast na listę UNESCO - jako skansenu z atrakcją w postaci przejażdżki zabytkową jednostką ED73.

Debata "Łódź w Warszawie" była pierwszym z cyklu spotkań "Miasto 2.0" 
organizowanych przez stowarzyszenie DuoPolis oraz Instytut Obywatelski.

10 lutego 2011

Piątek na czwartek

Uwadze Państwa pragnąłbym dziś nieskromnie polecić kolejny wywiad, który zrobiłem w ostatnich dniach - tym razem padło na Grzegorza Piątka, który na zlecenie ratusza pokieruje staraniami Warszawy o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

fot. Mikołaj Długosz
Nie sądzę, by ten wywiad przekonał tych, którzy od samego początku krytykują pomysł walki o tytuł. Ale wydaje mi się, że można w nim znaleźć całkiem sensowną, choć na razie dość ogólnikową odpowiedź na pytanie, czemu ta walka ma służyć. No i optymizm Grześka, który widzi Warszawę wielką, jest z pewnością cenny.

Nie byłem przekonany, czy stolica rzeczywiście nie mogłaby oddać pola innym polskim miastom - po tej rozmowie kibicuję naszym staraniom i będę zawiedziony, jeśli nie otrzymamy tej szansy, bo chciałbym za 10 lat móc usłyszeć Piątka, dumnie mówiącego "A nie mówiłem".

Wywiad można przeczytać na tvnwarszawa.pl

07 lutego 2011

Kawa z prezydentem

Wspólnie z Eweliną Cyranowską zabraliśmy na kawę Hannę Gronkiewicz-Waltz. Efektem jest - mój pierwszy - wywiad z urzędującym prezydentem Warszawy.

fot. Piotr Bławicki

Chcieliśmy namówić Hannę Gronkiewicz-Waltz na rozmowę o mieście, nie o rządzeniu miastem. Udało się tylko połowicznie - Warszawa pani prezydent to jednak głównie procedury, przetargi, paragrafy, przepisy i polityka. Na Warszawę osobistą, prywatną zostaje niewiele miejsca. Pani prezydent to urodzony urzędnik i właśnie na tym terenie czuje się "u siebie". W tym sensie jednak się nam udało.

Poprzedni wywiad z Hanną Gronkiewicz-Waltz zrobiłem wspólnie z Radkiem Góreckim dla "Dziennika", między pierwszą, a drugą turą poprzednich wyborów samorządowych. Siedzieliśmy wtedy w jej pokoju na Uniwersytecie Warszawskim i słuchaliśmy, co zmieni w Warszawie, jeśli wygra. W tamtej rozmowie znacznie mniej było polityki, ale procedury też pojawiały się na każdym kroku.

Wtedy takie podejście wydawało się zresztą sensowną odpowiedzią na nie zawsze efektywną metodę rządzenia za pomocą pełnomocnictw wydawanych doraźnie przez Lecha Kaczyńskiego, Mirosława Kochalskiego czy Kazimierza Marcinkiewicza. Dziś często spotykam się jednak z opiniami, że wtedy decyzje zapadały szybciej, a teraz czeka się na nie latami. Jak choćby w przypadku tych oznaczeń dla niewidomych na peronach stacji metra.

Gdzieś między tymi dwiema metodami jest pewnie jakiś złoty środek, który pozwala pogodzić efektywność z przejrzystością. Hanna Gronkiewicz-Waltz stawia na to drugie.

Wywiad można przeczytać na tvnwarszawa.pl

01 lutego 2011

Czysto jak na Centralnym?

Zajrzałem wczoraj na Dworzec Centralny, a konkretnie do remontowanej części. Byłem w hali głównej oraz w odświeżonych podziemiach i na remontowanych peronach. I powiem tak: to robi wrażenie!


W niektórych miejscach biel razi po oczach. Dwa razy szersza galeria wygląda tak, jak powinien wyglądać prawdziwy dworzec. Granatowe tablice nowego systemu informacji wizualnej przypominają to, co znamy z całej Europy. Do tego oznaczenia dla niewidomych - takie same, jak te, których metro nie jest w stanie zamontować od dwóch lat, zasłaniając się brakiem przepisów.

No i sama architektura: betonowe słupy, spektakularne, jasne wnętrze hali. Potężne słupy między peronami, teraz wydobyte z mroku jasnym światłem i podkreślone granatowym kolorem. Do tego nowe żyletki na sufitach - jasne, rozpraszające światło bez nadawania otoczeniu klimatu prosektorium.

Tam, gdzie byliśmy, prawie nie czuć już też "zapachu podróży", który zawsze witał tu pasażerów.

Remont dworca liczony jest na 10 - 15 lat. Potem ma zapaść decyzja: albo remont generalny, albo nowy dworzec. Na razie kolejarze zrobili krok ku temu, by przekonać pasażerów, że Centralny wcale nie jest taki zły, ani przestarzały, jak się do tej pory wydawało.

Rzadka to okazja, gdy można z czystym sumieniem pochwalić PKP.

Więcej na tvnwarszawa.pl

03 stycznia 2011

Wydarzenie roku 2010: stadion, drogi, polityka

Internetowe sondy traktować należy z przymrużeniem oka. Wynik plebiscytu tvnwarszawa.pl to przede wszystkim efekt mobilizacji kibiców Legii. Ale może wcale nie tak daleki od prawdy?

Spieraliśmy się w redakcji o to, jakie wydarzenia umieścić w sondażu. Na liście nie zmieściło się np. wznowienie budowy wieżowca przy Złotej 44. Zamieszanie wokół tej inwestycji obnażyło słabość miejskiej administracji i prawa, w oparciu o które wydaje ona swoje decyzje. Podobnie jak Wojciech Bartelski, uważam to za poważną barierę w rozwoju miasta, ale mam też wątpliwości, czy z firmy Orco należy robić męczennika za sprawę jej likwidacji. Było to wszak wydarzenie branżowe.

Stadion zmienia miasto

Ostatecznie Złota 44 z plebiscytu wypadła. I tak nie zwojowałaby wiele, nic bowiem nie mogło się równać z mobilizacją kibiców, którzy otwarcie stadionu Legii wypromowali na wydarzenie roku. Chcę wierzyć, że z perspektywy kilku następnych lat będzie można przyznać im rację.

Po wrześniowym zwycięstwie nad Lechem Poznań razem ze znajomymi przeszliśmy się ze stadionu na Trakt Królewski. To był bodaj ostatni tego roku wieczór dość ciepły, by siedzieć w ogródkach. Na Foksal był tłum - warszawka przemieszana z kibicami w szalikach. Żadnych awantur, bijatyk ani demolki. Zamiast tego atmosfera, jaką pamiętam z Mediolanu, po ligowej wygranej Interu - wesoło, głośno, przyjaźnie; pytania o wynik, strzelców bramek, wspólne toasty i śpiewy kibiców w różnym wieku i różnym stanie. Piłkarskie święto.

Marzy mi się, by to był standard. Marzą mi się też lepsze wyniki i tu światełka w tunelu upatruję w poprzeczce podniesionej przez europejskie sukcesy Lecha Poznań - wciąż niewielkie, ale i tak największe od lat. Mam nadzieję, że infrastruktura to impuls do zmian w polskiej piłce. I mam nadzieję, że coraz rzadziej będziemy pisać o awanturach z udziałem kibiców, a widok grupy w szalikach coraz rzadziej będzie podnosił ciśnienie mijającym ją przechodniom.

Na drogi poczekamy w korkach

W naszym rankingu miałem jednak inny typ, niż kibice Legii - to wiadomość z ostatniej chwili, czyli decyzja rządu o cięciach w programie budowy dróg na najbliższe lata. Wyleciały z niego z hukiem właściwie wszystkie wylotówki z Warszawy - po protestach i petycjach ostał się tylko ogryzek trasy Salomea - Wolica. Ważny, ale będący kroplą w morzu potrzeb.

Skutki tej decyzji Warszawa będzie boleśnie odczuwać przez kilka, a może kilkanaście kolejnych lat. W korkach w Markach, Łomiankach, Jankach i w Raszynie. Bardziej od tej perspektywy przeraża mnie jednak cynizm polityków, którzy dopiero obiecywali budowę dróg zamiast polityki. Nie chodzi o to, by natrząsać się z wyborczego hasła. Wielu ludzi głosowało na PO właśnie dlatego, że ta partia zajęła się wreszcie budową dróg na poważnie. I, jeśli wierzyć podanym w charakterystycznym stylu wyliczeniom Wojciecha Orlińskiego, pobiła na tym polu historyczne rekordy. Teraz ci, którzy liczyli na infrastrukturalny przełom mogą jednak poczuć się oszukani. Tym bardziej warszawiacy, szczególnie gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz mówi, że rządowy plan budowy dróg, od początku był mało realny.

Niestety prezydent Warszawy przestaje liczyć się z opinią publiczną - to, co dzieje się w ostatnich tygodniach na Ursynowie i na Pradze Północ pokazuje, że w walce o władzę (skądinąd żadną - bo taką ma burmistrz dzielnicy) PO iść będzie po trupach. Zastanawiam się, co działoby się, gdyby podobne metody i podobne argumenty stosowało PiS? Oczami wyobraźni widzę komentarze o zagrożeniu dla demokracji i pełzającym zamachu stanu. Tymczasem PO wciąż może liczyć na taryfę ulgową - czy starczy jej na cztery lata i jak to ocenią mieszkańcy Pragi czy Ursynowa? Efekt najważniejszego wydarzenia mijającego roku ocenimy po kolejnych wyborach.

©
Jeśli chcesz wykorzystać jakiś materiał z tej strony, pamiętaj o podaniu źródła.
--
Obrazek Małego Powstańca na deskorolce autorstwa Jerzego Woszczyńskiego wykorzystałem dzięki uprzejmości autora.
--
Szablon: Denim by Darren Delaye.